|
Kiedy stoję we wszelakich kolejkach, staram się patrząc na towarzyszące mi osoby wyobrazić sobie, kim są, czy są życzliwe, uczciwe, jakimi są rodzicami, sąsiadami. Nie tak dawno również zafundowałam sobie takie studium psychologiczne, tym razem w przychodni lekarskiej. Kolejka oczekujących wraz ze mną osób była dość długa, w związku z czym miałam okazję dowiedzieć się, kto z czym, bądź po co przyszedł i jak długo już czeka. Takie opowieści są stałym punktem tego typu zgromadzeń, dlatego z cierpliwością wysłuchiwałam, usiłując jednocześnie podzielić się jak najmniejszą ilością danych o sobie. Tak mam ? nie lubię od razu udzielać obcym osobom informacji o moich schorzeniach i słabościach. Ale dzięki tym pogawędkom mogłam stwierdzić, że współtowarzysze mojej kolejkowej doli to osoby otwarte i bardzo życzliwe. A przy okazji nad wyraz cierpliwe, biorąc pod uwagę czas, jaki przyszło nam poświęcić na czekanie. Co jakiś czas to czekanie przerywane było pytaniem nowo pojawiającej się osoby o to, kto jest ostatni i grzecznym przyznaniem się tego ?ostatniego?, że to właśnie on. Tak było aż do momentu pojawienia się pewnej pani, która pomijając to ważne pytanie przysiadła z boku, ignorując naszą kolejkową regułę, że nowoprzybyły trafia na ostatnie wolne krzesełko pod ścianą. Jako, że pani ta usiadła akurat naprzeciwko mnie, tradycyjnie już rozpoczęłam rozmyślania nad tym, kim może być. A przyznam, że była wyjątkowo ładną kobietą, o miłej, sympatycznej twarzy i spojrzeniu, które budziło moje zaufanie. Już widziałam ją rysującą dzieciom obrazki, wycierającą zakatarzone noski i zabawiającą gromadkę bobasów piosenkami. Tak urocza pani przedszkolanka. Ciepła i z pewnością przychylna ludziom osoba. W każdym razie tak ją odbierałam ? do czasu. Kiedy nadeszła moja kolej i grzecznie weszłam do gabinetu, zupełnie nie spodziewałam się nadciągającej burzy. Zaraz po wyjściu z niego zostałam zaatakowana przez kobietę - anioła i delikatnie mówiąc straciłam przysłowiowy język w ustach. Dowiedziałam się mianowicie, że (tu cytuję) wryłam się w kolejkę. Ton głosu, wyraz twarzy i furia w zachowaniu tej pani dosłownie mnie poraziły. Nie byłam winna, bo weszłam do gabinetu zgodnie z obowiązującą kolejnością, ale tego faktu nie mogłam udowodnić. Wszyscy, którzy mogliby to potwierdzić dawno już opuścili przychodnię. Ci, którzy przyszli później uznali zapewne, że racja jest po stronie atakującej kobiety. Z ust jednego z panów usłyszałam, że postąpiłam wyjątkowo nieładnie. Nie widziałam możliwości wyjaśnienia nieporozumienia i tak naprawdę chyba nikt też tego nie oczekiwał. Bezradność i poczucie zawstydzenia, choć tak naprawdę bezpodstawnego spowodowały, że niemalże uciekłam odprowadzana karcącymi spojrzeniami. Jak zaszczuty pies.
Ta historia nie należy może do najciekawszych. Ale uświadomiła mi bardzo boleśnie, jak łatwo jest kogoś oczernić. Wystarczy niemalże jedno słowo wypowiedziane w odpowiedniej sytuacji, w okolicznościach, które być może są trudne do wyjaśnienia, żeby w jednej chwili naznaczyć kogoś szkarłatną literą, zepchnąć na bok, oczernić, skazując na ostracyzm społeczny. Oczywiście ? każdy ma prawo się bronić. Tylko ile wysiłku trzeba włożyć w udowodnienie swojej niewinności, ile przeżyć będąc narażonym na krytykę i ocenę czynów, których się nie popełniło .....
I jeszcze historia, która wydarzyła się już jakiś czas temu. Pewien mężczyzna został niesłusznie posądzony o pedofilię. Wystarczyło wskazanie go poprzez jedną osobę, powiedzenie, że to chyba on, żeby całkowicie zmienić jego życie. Osadzony w areszcie, czekając na rozprawę został przez społeczność miejscowości, w której mieszkał zaocznie osądzony. Przez współwięźniów traktowany z bezgraniczną nienawiścią nie mógł znieść swojego położenia. Próbował popełnić samobójstwo. Podobnie jego rodzina ? nie mogła normalnie funkcjonować w dotychczasowym środowisku. Niemalże wyklęci próbowali bez skutku walczyć z niesłusznymi zarzutami, bronić męża i ojca wierząc, że to oskarżenie jest koszmarną pomyłką. To była droga przez mękę, a właściwie syzyfowa praca. Jedni bowiem bez problemu uznali go za winnego, a w umysłach innych zagościło przekonanie, że coś w tym wszystkim musi być, skoro został aresztowany i czeka na proces. Mało było osób, które stanęły w obronie mężczyzny o nieposzlakowanej dotychczas opinii.
Proces się odbył, zakończony wyrokiem uniewinniającym. Znaleziono prawdziwego sprawcę zarzucanych czynów. Ale koszmar się nie skończył. Wciąż są tacy, którzy wiedzą ?lepiej? i wciąż wracają zmory miesięcy spędzonych w areszcie. Tego nie da się cofnąć.
A wystarczyło jedno słowo .....
|